Kiedy w pierwszą wrześniowa niedzielę 1999 roku wybrałam się z Mirkiem (moim narzeczonym) na wystawę Kotów Rasowych we Wrocławiu, nawet przez myśl mi nie przeszło, że  tak nagle stanę się właścicielką tego wyjątkowego kota. Choć przyznam że słowo Maine Coon nie było mi obce i wiedziałam, że.. kiedyś ten  ,,ryś'' zjawi się w naszym domu.
Kiedy na wystawie zobaczyłam w klatce trzy kocurki, a wśród nich mojego Belmonda czułam że to... kiedyś zbliża się szybko! Z wystawy wyszliśmy jednak sami... mimo iż Mirek doskonale wiedział, widząc błysk w moim oku, że ten kot musi zostać we Wrocławiu! Ba nie w mieście, ale w moim domu.



 

- Może by jeszcze poczekać? Zobaczyć kocięta w innych hodowlach  - przekonywałam samą siebie i Mirka.
- Może i masz rację, ale ja i tak wiem, że będziemy po tego kota jechać do Warszawy - odpierał atak Mirek.Cóż już po godzinie wiedziałam, że miał rację. Wieczór, a potem noc.... Hmmm, nie powiem żebym się wyspała. Czas upływał w grobowym nastroju. Byłam wściekła! Wyrzucałam sobie, że nie dałam się przekonać! Chciałam mieć tego kota. Właśnie tego! Moja ostrożność okazała się fatalnym doradcą.
Gdy ja umierałam ze zgryzoty mój Belmi wracał ze swoją właścicielką do Warszawy.
W poniedziałek rano kiedy wstaliśmy słowa były zbyteczne. Albo ten albo żaden! Pomyśleliśmy o tym oboje. Jasne było, że zamiast do pracy jedziemy do... Warszawy. Po kota ma się rozumieć!
Zrobiliśmy w ciągu kilku godzin 700 km, choć zupełnie niepotrzebnych, gdybym tym razem posłuchała serca nie rozumu.

Iwona i Mirek